Oto początek mej historii

Jak właściwie to się zaczęło?

teraz Od mojego przybycia do Szeged nie minął nawet  tydzień, gdybym nie był nieco wstrzemięźliwy, rzekłbym że wpadłem wprost do studni wydarzeń. Ale jak to się zaczęło?  Właściwie banalnie – trwał festyn, tłumy przejezdnych, jesień, chłodne noce, gorące przyjazne serca…

Kareta mknąca rozjaśnioną lampionami ulicą, obok niej zbrojny, potężnie zbudowany wojownik na niemal piekielnej maści rumaku. Nie miałem cienia wątpliwości – to była moja przepustka do tego świata. Pasażerowie równie niezwykli co i okoliczności mego przybycia – rycerz w zbroi – Sir Kamul, w powozie Ojciec Olibrio i tajemnicza nieznajoma, Imre.

Poszedłem ich śladem, właściwie zależało mi tylko na nim – kulawy braciszek z nieco rozbieganym spojrzeniem, obserwowałem go dłuższą chwilę, po czym wszedłem za nim do katedry. Nie zwykłem czekać na nikogo ale ta persona była tego warta, pachnący krochmalem mężczyzna poprowadził mnie ciemnymi korytarzami na spotkanie z mym przyszłym mecenasem.

Tak to właśnie się rozpoczęło – epicka znajomość oraz nasza historia, wyjęta z kart historii, niczym pourywane sceny greckiego dramatu.

A co było później?

Poznałem i ją -

imre3 Imre, niewysoka, pachnąca egzotyczną wonią kobieta o kuszących ustach, niepospolitej urodzie i przenikliwym spojrzeniu – które to, bez cienia wahania rzuciło mi wyzwanie, przyjąłem je, lecz przyznam się że nie bez obawy. Nie dopuściła do konfrontacji, zapewne ma równie wiele do stracenia w razie porażki co ja sam. Szanuje ją za to, tylko wiekowa istota wie co jest warte zachodu i nie ulega przyziemnym pokusom i emocjom. Jednak ta Kapadocjanka nie jest tak prosta do zrozumienia jakby się mogło pozornie wydawać – potrafi kochać i to tak, jak zwykł darzyć uczuciem śmiertelnik – próbuję do tej pory przeanalizować jej osobowość i powiązać z wydarzeniami ostatniej nocy.

Czyżby jej emocje umarły wraz z Wazulem? Czy były więc prawdziwe? A może Wazul związał ją ze sobą krwią lub innym rytuałem? Muszę jak najszybciej przejrzeć tą zasłonę tajemnicy – odkrycie jej, odkryje przede mną prawdziwą Ją, tą skrywaną część jej duszy – która mogła przetrwać rytuał przejścia, tą która oparła się klątwie. Oczywiście o ile nie była  marionetką mojego współbrata, jeśli jednak nie… możliwe, bardzo możliwe, że stare legendy mają w sobie liryczną nutę prawdy, prawdy o istocie wampiryzmu o przełamaniu klątwy… Czy jednak ktokolwiek z nas – nieumarłych, jest na tyle godny, by usłyszeć jej czyste, niczym kryształ górski, brzmienie?

Ona potrafi jednak coś więcej… pamiętam to jak przez gęstą mgłę… wpadliśmy w zasadzkę, walka, zimna stal rozdzierająca me ciało… ciemność ogarniająca mój umysł… sen… nie, to nie był spokojny sen śmiertelnego, to nie było mi dane – leżałem w kałuży własnych flaków obserwując bezwolnie masakrę wokół, wynieśli mnie, uratowali me jestestwo, a Ona… Po dziś dzień czuję, palący dotyk jej jaśniejącej w mrokach otchłani mojego umysłu – duszy, to było niezwykłe doznanie, trudno mi do teraz obrać je w słowa… moje wspomnienia są takie mętne… przebudziła mnie, ocaliła przed wiekowym, obłąkańczym snem nieumarłego… nie zapomnę jej tego…

Nie mam złudzeń, ona jest kluczem, potrzebuję jej do dalszego postępu mych badań, odkrycia swojej własnej natury, prawdy o swym gatunku.

Imre… szepta moja dusza…

Czego Ty pragniesz?

Czego potrzebujesz?

Jak się mam do Ciebie zbliżyć?

Jak zdobyć Cię mam?

Dobiłem targu -

olibrio Ojciec Olibrio,  utykający łysiejący ojczulek o usposobieniu równie szalonym co i przebiegłym, żałuję jedynie że jest Lasombrą, cóż, przynajmniej jego izolacja z macierzystym klanem, sprawiła że jest otwarty na wszelakie nowe kontakty. Olibrio ma naturę opiekuna, mentora – zanadto się troszczy wszystkim co go w jakikolwiek sposób dotyczy, jednak zbyt często przekracza granice i śmiałym krokiem wkracza na ścieżkę altruizmu. Jest samotny pośród tłumu, widzę tą pustkę pożerającą jego duszę, może to „ta”, ich przeklęta dyscyplina, pożera go od środka? Sam nie wiem, wiem za to jak go napełnić – niczym czarę wina. On tego potrzebuje – a to właśnie ja, mu to dam. Momentami odnoszę wrażenie, że zatraca się w nowoczesnym świecie, nie może za nim nadążyć, błądzi jak ślepiec jasnymi ulicami, zbyt wyraziście pamiętając czasy, gdy spowijał je nieprzenikniony mrok.

Jest chyba najstarszy z koterii, nie mam co do tego pewności ale wszystkie znaki na to wskazują, ma również niepodważalny autorytet. Niemniej, popełnia błędy, jednakże utrata jego wieków doświadczeń była by nieodzowną stratą, potrzebuję go niemniej, niż on sam potrzebuje mnie.

Olibrio… me myśli błądzą…

Jak wiekowy jesteś?

W jaki sposób zdobyłeś swe wpływy?

Jakich masz wrogów?

Jak bardzo pochłonęła Cię ciemność?

Podniosłem miecz -

kamul Sir Kamul, Brujah twardy jak stal, którą on sam dzierży w swej prawicy. Nie potrafię się nim jeszcze posługiwać, jednak nie martwię się o to – póki co wystarczy mi że o. Olibrio ma na niego znaczny wpływ. Sam spartański wojownik jest nieufny, prędzej odrąbie mi głowę – niż uwierzy na słowo, cóż… nie miało być łatwo – zapewne tak i też nie będzie.

Momentami mam wrażenie że Kamul się tu przed kimś ukrywa, nie mam pojęcia przed kim lub przed czym. Pewnym jest to, że nie pasuje tutaj, jest zbyt szlachetny i wyniosły, jak na tą zapadniętą dziurę, wypełnioną po brzegi jadem, obłudą i zdradą. Uważam że obawia się cieni swej przeszłości, obawia się tego że go tu odnajdą – a może się łudzi, że właśnie tu znajdzie przed nimi swe schronienie?

Nie poświęciłem mu jeszcze tyle uwagi ile bym chciał, z czasem się to zmieni. Jednak póki co, to właśnie czasu, najbardziej zaczyna mi brakować…

Kamul… pyta me serce…

Przed czym się ukrywasz?

Jakich zbrodni dopuściłeś się w przeszłości?

Kim są Twoi wrogowie?

Jak zdobyć Twoje zaufanie?

Chwila obecna

ptaki Czuje się, jak worek przepełniony zbożem, buzuje we mnie krew plugawych Nosferatów, którymi od zawsze się brzydziłem… a jednak nie mogłem się powstrzymać by nie skorzystać z okazji… nie mogłem się powstrzymać, by nie zwiększyć swej potęgi, kosztem ich jestestwa… wydaje mi się, że nadal słyszę ich pojękujące dusze, które pochłonąłem…

Wazul nie żyje, reputacja mego klanu została zszargana! Sam bym zgładził tego nieudolnego psiego syna za jego partactwo, gdyby tylko Balrog okazał mu cień łaski… Może nie dzisiejszej nocy, ale prędzej czy później zapłaciłby za zniewagę, poniżenie naszego klanu!

Litość jest obrzydliwsza, niż sami Nosferaci – ja nie okazuje litości, litość jest dla słabych, Balrog to wie, Wazul został unicestwiony…

Prześle mu pozdrowienia przy najbliższej okazji, zresztą już oczyma duszy, widzę te rozochocone diabelskie gęby, powykrzywiane do mnie – szydzące z klanu Tsimizce. Mam nadzieję że męki które mu zgotują w piekle, będą na tyle wyrafinowane, że choć na chwile zrekompensują mi dzisiejsze zniewagi… niech go diabli! Przeklęty szaleniec Wazul!

To jednak dopiero początek, czuję to.  Nadciąga zamieć a to właśnie ja, będę musiał stawić jej czoła…

Niech to diabli!

Co o tym sądzisz?

Musisz być zalogowany by móc pisać komentarze.